Biegnę ile sił w nogach, ale już wiem że nie zdążę. Ostatnie co zdołam powiedzieć to "Uciekaj!". Kilkadziesiąt srebrnych spadochroników leci w kierunku placu pełnego dzieci. Jest już za późno. Wszędzie widzę rozpryskującą się krew. W następnej chwili słyszę swój przeraźliwy krzyk, nawołujący siostrę. Nagle wszystko ucicha, a ja czuję na sobie zatroskane spojrzenie Peety.
- Znowu śnił ci się koszmar.- stwierdza.
- Prim...- mija kilka minut zanim uświadomię sobie, gdzie jestem. Przypominają mi o tym gorące usta Peety, które delikatnie muskają moje.
- Kocham Cię- szepczę.
Nie musi nic odpowiadać. Wystarczy, że tu jest. Że jako jedyny mnie nie opuścił.
- Dzieci.- przypominam sobie- Muszę wstać.- Podnoszę się i jak co dzień biegnę do pokoju maluchów, zobaczyć czy są bezpieczne. To bez sensu, wiem, ale paranoicznie boję się o nie, i o to że znowu utracę
najważniejsze osoby w moim życiu.
Są całe. Wyglądają jak małe aniołki. Jeszcze śpią. 10 letnia Lucy po prawej stronie łóżka, a jej 6 letni braciszek Gale po prawej. Gale... imię, które będę pamiętać już zawsze. Imię, które sprawia, że się uśmiecham, albo że na całe dnie zamykam się w sobie i z trudem powstrzymuję łzy. 'On wyjechał Katniss. Nie wróci. Zapomniał. Ty też powinnaś'- powtarzam sobie. Ale i tak nie zapomnę. Nigdy.
Patrzę na zegarek i wracam do sypialni. Jest dopiero wpół do 6. Ale wiem, że już nie zasnę. Peeta oczywiście też. Przeżywa wszystko ze mną, często mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Wtulam się w klatkę piersiową mojego męża i staram się o niczym nie myśleć. On też nic nie mówi, ale wiem, że martwi się o mnie. Nie zawsze jest ja teraz. Czasem budzę się i czuję w sobie chęć do życia. Ale nie dzisiaj. Leżymy tak chyba godzinę. Leżelibyśmy i dłużej, ale do pokoju wbiega roześmiana Lucy, a za nią mały Gale.
-Mamo, Mamo! Dzisiaj festyn niepodległości! Wstawaj, musimy być tam pierwsi!
O nie. Zapomniałam. Nienawidzę tego dnia, ale dzieci go uwielbiają. Festyn odbywa się raz do roku, w dniu kiedy wcześniej odbywały się dożynki. Zamiast w ciszy wspominać zmarłych, ustanowiono wesołe świętowanie i radowanie się, że czasy Igrzysk Głodowych są już za nami. Myślę, że nie miałabym nic przeciwko tego typu festynowi, gdyby nie to, że sama dwukrotnie byłam trybutem. Patrzę na Peetę i wiem, że myśli o tym co ja . Wiem też, że ukochany zdaje sobię sprawę, że już nic nie powiem. Układam głowę na poduszcze i z całej siły odpycham fale wspomnień.
-O tak. Oczywiście. Ale jak to ? Wy jeszcze w pijamach? Skoro chcecie być pierwsi musicie szybko się pszyszykować!- mówi do dzieci Peeta i gilgocze stojącą przy ramie łóżka Lucy. Dziewczynka chichocząc wybiega do swojego pokoju, ale Gale stoi i patrzy na mnie smutnymi oczami.
- Co się stało mamusi?- pyta.
- Nic kochanie, mama jest poprostu zmęczona.- usprawiedliwia mnie mąż.
- Ale na festyn pójdziemy wszyscy?- martwi się chłopiec.
- No nie wie...- Peeta nie kończy zdania, bo mu przerywam.
- Tak. No Gale! Jeśli chcesz przegonić siostrę musisz się pospieszyć.- mówię i całuję synka w środek jego malej główki, a ten biegnie do siebie.
- Jesteś pewna,że dasz radę?- pyta Peeta.
- Muszę. Istnieją gorsze rzeczy niż głupi festyn z okazji uczczenia niepodległości.
I wtedy oboje się wzdrygamy...
********
Święto na placu głównym zaczyna się dopiero o 10, więc mamy jeszcze dużo czasu. Siadamy przy stole i wspólnie jemy upieczony przez Peete chleb. Chce jak najszybciej zakończyć ten dzień. Tak naprawdę chce zakończyć całe swoje życie, ale nie mogę zrobić tego pozostałej mi rodzinie. Nadal stawiam siebie na ostatnim miejscu. Ale marzę o tym, żeby choć jednej nocy nie śnił mi się koszmar. Żebym choć jednej nocy nie obudziła się z krzykiem budząc wszystkich domowników. Marzę o tym, że któregoś dnia zapomnę o wszystkim co uczynił nam Kapitol. Teraz jednak najważniejszy jest dobrobyt dzieci.
Przed wyjściem zamykam dom, z obawy wtargnięcia nieproszonych gości, dawne uprzedzenia. Z Peetą pod ramieniem wychodzimy na plac.
Wszystko jest takie same a jednak inne. Nie ma już wszech będącego pyłu węglowego, na ulicach nie można już spotkać głodujących i umierających ludzi. Zmieniło się wszystko, zostały wspomnienia.
Z głębokiej zadumy wyrywa mnie Lucy, która ciągnie mnie do stoiska z różnymi gadżetami z motywem kosogłosa oczywiście. Na szczęście Peeta przejmuje dowodzenie nad dziećmi, ja mam czas się rozejrzeć. Na pałacu sprawiedliwości wisi wielka flaga Panem. Wyzwolonego Panem. Wszędzie gdzie się nie rozejrzeć stoją stoiska z przeróżnymi rzeczami do kupienia, zaczynając od broszek z kosogłosem, skończywszy na łuku z wygrawerowanym moim i Peety imieniem. Tak. Dzisiaj my jesteśmy bohaterami. Rozglądam się za czymś wartego obejrzenia, kiedy spostrzegam Śliską Sae na wózku. To, że jeszcze żyje graniczy z niemożliwością. Szybko do niej podbiegam i witam się. Pamiętam jak opiekowała się mną po postrzeleniu Coin. Teraz moja kolej. Mam wobec niej i reszty mieszkańców dług. Znowu.
- Katniss.- woła z uśmiechem- moja dziecinko. - Sae próbuje podnieść się z wózka, ale powstrzymuję ją.
- Dzień dobry. Niech pani siedzi, nie ma potrzeby wstawać.- mówię i łapię staruszkę za rękę. Przekazuje jej wszystkie moje emocje, ona chyba czuje to samo.
- Festyn... to też wymyślili... Przynajmniej dzieciaki się dobrze bawią... Ale one o niczym nie wiedzą..- głośno myśli Sae i posyła mi wymowne spojrzenie.
- Lucy się czegoś domyśla. Niedługo jej powiem.- Ale nie teraz. Nie jestem gotowa. I nie chcę mówić o tym ze Śliską Sae, moją starą przyjaciółką ze Ćwieka. Muszę znaleźć Peete i to szybko.- Przepraszam, muszę już iść.- rzucam na pożegnanie.
- Katniss! - woła za mną- Pamiętaj, masz w sobie ogień!
Nie. Mój ogień zgasł z odjazdem Gale'a. Ale o tym też nie chcę teraz myśleć. Nie chcę tu być.
Znajduję Peete z dziećmi wesoło śpiewających Piosenkę Niepodległości. Nie myśląc o otaczającym nas tłumnie rzucam się mężowi na szyję, i cicho szepczę: " Chcę z tąd iść".
Bierzemy dzieci i opuszczamy plac. Głęboko się zamyśliłam i dopiero po chwili zorientowałam się, że nie idziemy w stronę domu . Patrzę pytająco na Peete, on jednak idzie dalej. Po paru minutach dochodzimy do naszego celu. Jesteśmy na Łące.
Nagle nie widzę już Peety i biegających dzieci. Widzę mnie i Gale zbierającyh jeżyny i wszystko inne nadające się do jedzenia.
- Co jest Kotna, chyba ci dziś nie idzie?- wyśmiewa mnie przyjaciel patrząć na moje marne zbiory.
Na to ja obrzucam go borówkami i razem śmiejemy się do rozpuku. Ale znowu wszystko w jednej chwili znika, i widzę ludzi zakopujących zwłoki moich przyjaciół z 12 dystryktu. Jedno miejsce, a tak wiele odmiennych wspomnień.
Wracam do rzeczywistości i siadam obok męża. Pytam o cel naszego przyjścia tutaj, on odpowiada:
- Skoro mamy obchodzić dzień niepodległości, to wolę to zrobić tutaj, w miejscu które ma znaczenie, niż na placu pełnym bezsensownych pamiątek. Po za tym...
Wiem co chce powiedzieć. On również uważa że czas wyjaśnić wszystko dzieciom. Przynajmniej Lucy. Kiedy dziewczynka do nas podbiega Peeta łapie ją i chwilkę gilgocze. Potem przestaje, a ja zaczynam mówić...

Halo ,gdzie dalsza część ? ;c
OdpowiedzUsuń